wtorek, 4 września 2012

Wkładać – nie wkładać



Postanowiłam już nie wkładać! Przynajmniej nie codziennie. A co! Mam dość wypchanego na wszystkie strony stanika. Wkładkami laktacyjnymi rzecz jasna. Wycieki są wciąż niekontrolowane, ale jakby mniejsze. Cieszy oczywiście ilość mleka, bo Córa wciąż jeszcze je uwielbia, ale bryły para-geometryczne zamiast kształtnego biustu NIE CIESZĄ. Po ośmiu miesiącach karmienia, mogę sobie już pozwolić brył nie nosić!

Pamiętam moje zdziwienie, gdy zaczęłam odkrywać rynek wkładek laktacyjnych. Jeszcze będąc w ciąży dostałam pół paczki tychże, marki Gerber. Wkładki miały dużą średnicę i takie jakby nacięcia, które umożliwiały całkiem zgrabne upchnięcie je w ogromny jak na moje dotychczasowe standardy stanik. Po urodzeniu Córy wkładki poszły w ruch. Półpaczka szybko się skończyła i zaczęły eksperymenty.

Chciałam kontynuować przygodę z Gerberem, ale okazało się ty być niemożliwe. Produkt zniknął. Internet milczał dlaczego. Wypróbowałam kilka marek: Nuk, Avent, Babydream, Bella, Johnson’s Baby. Wszystko nie tak L Za miękkie, za grube, zupełnie nieelastyczne… Owszem, mleko nie wycieka, ale estetycznie się człowiek nie czuje. Ech.. ale ale Eureka! Im mniejsze pudełko, tym fajniejsze dla mnie, bo cieńsze wkładki. Tak trafiłam na firmę MAM. Wkładki MAM okazało się nie być aż takie miłe jak te z mojej pierwszej półpaczki, ale nie były złe. Szkoda, że tak rzadko udawało mi się je dostać. Wiem wiem, są też wielorazowe bardziej eko, ale obawiałam się, że będą przeciekać.

Z moich wszystkich prób i eksperymentów zostałam przy:
- Babydream, bo mimo że za grube, to łatwo dostępne ze względu na sieć Rossmana, która spowija Warszawę,
- MAM, które udawało mi się dostać w jednej aptece, do której jednak niezupełnie mi po drodze – używałam na wielkie okazje, kiedy to chciałam mieć w miarę równo pod sukienką lub bluzką.

niedziela, 2 września 2012

Kuchenne żale



Weekend weekend i po weekendzie.

Godzina dWudziesta skończyła się już jakieś dwie godziny temu. Stupor przybył i trzyma. Kurcze, miałam coś sprawdzić. Miałam ogarnąć umysłem. Przeanalizować. Dojść do wniosków. Nie sprawdzam, bo nie pamiętam co. Nie ogarniam, bo w związku z tym, nie mam czego. Nie analizuję i nie mam wniosków. Stuporzę się. Tkwię.

Nagotowałam za to na śniadanie. Ale dla nas. Nie dla Dzidki. Bo po weekendzie wiatr hula w lodówce. Nie żeby zwykle była jakaś pełna, ale teraz huuula on, przez duże HU. Zrobiłam pastę soczewicową. Najprostszą na świecie. Gdyby nie to, to wcale by mi się nie chciało.

Pasta soczewicowa

- ¾ szklanki czerwonej soczewicy
- wrzątek
- przyprawy: tymianek, curry (na oko)

Wsypuję soczewicę do garnka.  Zalewam wrzątkiem, tak by soczewica była przykryta. Zaczynam gotować. Po chwili dodaję przyprawy. Dzisiaj nie miałam tymianku i curry. Dodałam więc zioła prowansalskie i trochę czosnku granulowanego, bo okazało się, że mam. W mojej kuchni jest mało soli, więc nie dodałam, ale na pewno można. Jestem przekonana, że można pastę zaostrzyć, dodając pieprz i/lub chilli.

Całość gotuję około 15 minut, od czasu do czasu mieszając. W celu uzyskania konsystencji pasty, ucieram blenderem. Przekładam do miski i wkładam do lodówki.

Świetnie smakuje na chlebie. Najlepiej razowym.

Tak więc, byle do rana!

sobota, 1 września 2012

W Piaskownicy

Z okazji pewnej okazji Matka, Młody (w wózku), Tata Młodego oraz krewni i znajomi królika zapędzili się na Powiśle, gdzie obecnymi czasy kwitnie stołeczne życie towarzyskie. Ponieważ wiało, padało  i zmrok zapadał (istnieje prawdopodobieństwo, że w takich okolicznościach przyrody nie należy bujać się z Młodym po mieście, ale nie wiemy jakie), postanowiliśmy schować się w jakieś miłe miejsce.
Tym miłym miejscem była Piaskownica (informacje TUTAJ), niewielka i niezobowiązująca miejscówka przy Lipowej 7a, tuż koło BUWu. Piaskownica na fcb występuje jako klub nocny (co urzekło Matkę), co oznacza chyba tylko tyle, że otwarty jest do oporu. Do wnętrz można wjechać wózkiem i przeorganizować przestrzeń (pufy są i poduszki), tak, aby każdemu było wygodnie.
Asortyment baru usatysfakcjonuje każdego: od wiśniówki przez lokalne browary po fritz-cole i kawki-herbatki (Młody pobrał mleko; karmienie piersią bywalców lokalu nie bulwersuje).
Jedzenie w standardzie warszawskim - są kanapki, zupki (na własne oczy widziałam osobnika, który przybył po cebulowe i zabrał je ze sobą na kolację), ciacha (tarty,muffiny, owsiane itp.), koktajle owocowe. A na deser można wyskoczyć na niebiańskiego loda na patyku do Lodów na patyku (tuż obok).
Oczywiście Piaskownica nie figuruje w kategorii knajp dzieciowych (Poza Kategorią Mam): raczej nie wskazane jest turlanie się po podłodze, a muzyka może być trochę zbyt głośna (na prośbę asertywnej Matki ściszają). Jest jednak dobrym pomysłem na szybkie spotkanie ze znajomymi w towarzystwie potomstwa (potomstwo biegające można zatkać lodem na patyku, co daje nam czas na wypicie latte).

Posumowanie
Lokal PKM, ale:
- dostępny dla wózków (włącznie z toaletą)
- menu daje szansę Matce karmiącej
- dobre miejsce na spotkanie ze znajomymi, którzy stanowczo odmawiają spotkać w lokalach z nadwyżką dzieci
Dojazd: jak do BUW-u, np. autobusem 118 (startuje z metra Politechnika)